KORFOWE ARABIANS
Polska Prasa - Polish Press


NR 6(95) CZERWIEC 1998

Osiodłać marzenia
Jacek Szmidt

Ułańska fantazja nie jest męską specjalnością. Są kobiety, które wolą oficerki od pantofli na obcasie, a w stajni czują się szczęśliwsze niż na salonach. Jazda konna daje im poczucie swobody. Świat widziany z perspektywy siodła wydaje się ciekawszy.

Stadnina bywa schronieniem dla ludzi, których męczy tempo miejskiego życia i nie pociąga wyścig do kariery. Dla Joanny Grootings taką enklawą jest gospodarstwo Korfowe na skraju Puszczy Kampinoskiej. W zagrodzie pod oknem pasie się jej duma, ogier Dekor, który pobił rekord szybkości toru na Służewcu i pokonał faworytów z państwowych stadnin, wygrywając derby. Joanna nie dostała się na medycynę. Przed stanem wojennym wyjechała na Zachód. Studiowała socjologię, wyszła za holenderskiego menedżera. I już zmieniła się w straszną mieszczankę, gdy los zatoczył koło. Peter Grootings dostał kontrakt w Polsce. - Zamarzył nam się powrót do ˇródła. Odkupili z mężem gospodarstwo należące do jej dziadka. Tu kiedyś Joanna uczyła się jeˇdzić konno. Na oklep, bo dziadka nie było stać na siodło. Teraz pobieliła dom, stodołę przebudowała na stajnię. Plan był ambitny: stadnina arabów!

Przez 50 ostatnich lat monopol na hodowlę szlachetnych koni miały stadniny państwowe. Polskie araby były ˇródłem dewiz. Prędzej sprzedawano je do rzeˇni niż prywatnemu hodowcy. Joanna i Peter Grootingsowie podstępem kupili z cyrku dwa zabiedzone arabskie ogiery. Były to Erfurt i Engar, synowie legendarnego czempiona Bandosa. Erfurt, wyczerpany i chudy, ledwo stał. Zawiozła go do kliniki. Co pani przywiozła, przecież to szkapa! - weterynarz chwycił się za głowę z rozpaczy. - To proszę pana, będzie mój czołowy ogier - powiedziała, sama pragnąc w to uwierzyć. Gdy zakładała stadninę, nie wiedziała, na co się porywa. Całkiem zielona, sprowadzała książki z zagranicy. Badała genealogię końskich rodów. Dowiedziała się, że skojarzenie dwóch czempionów nie jest receptą na udane potomstwo.

- Hodowla to zabawa dla wytrwałych. Efekty mogą przyjść dopiero po paru pokoleniach. Wcześniej jest tylko ryzyko.

Praca w gospodarstwie zaczyna się o świcie. Joanna ma dwóch masztalerzy, ale ufa zasadzie, że jej oko konia tuczy. Cieszy ją widok stada wybiegającego rano na pastwiska. Peter Grootings ciągle w podróży. Gdy wraca, najchętniej zagłębia się w księgach hodowlanych. Żona więcej czasu spędza w stajniach niż w domu. W butach do konnej jazdy i serdaku przypomina bohaterkę Sienkiewiczowskich powieści. Tylko perfumy są współczesne. - Konie mają słaby wzrok, ale czuły węch. Podoba im się Dune Diora - Joanna próbuje godzić kobiecość z surowością pracy w stajni. Niedoświadczeni hodowcy wolą, by klacze ˇrebiły się w państwowych stadninach pod okiem fachowców. Ona odbiera porody w asyście mamy. W stajni ustawiają polowe łóżko. Przy nim telefon, gdyby miały wezwać pana Włodka, zaprzyjaˇnionego weterynarza. Ufa swojej intuicji. Wbrew tradycji przestała trenować konie na Służewcu. Wracały zestresowane, a araby mają przecież delikatną psychikę. Szkoli je u siebie. Po kilku latach stadnina zaczęła odnosić sukcesy: Ahmed wygrał nagrodę Kurozwęk, Whisky nagrodę Janowa. Sprzedała trzy konie do Jordanii. Przybyło dewiz, ale Joanna nie potrafi patrzeć na konie jak na towar. Kiedyś przyjechał klient. Chciał kupić ogiera. - Nie spodobał mi się. Czułam, że koń nie będzie u niego szczęśliwy. Nie sprzedałam!

Wnętrze domu Joanny Grootings ma coś z atmosfery wiejskiego dworku. Na ścianach uprzęże i portrety jej arabów robione przez Zofię Raczkowską.

- Konie zmieniły moje życie. Joanna nie tęskni do miasta. Kiedy Peter wyjeżdża w interesach, ona zostaje na gospodarstwie. Ale to nie jest wygnanie. W domu pracuje faks, dzwoni telefon. Joanna jest sekretarzem Polskiego Towarzystwa Hodowców Konia Arabskiego. Redaguje czasopismo "Kurier Arabski". Wieczorem, kiedy stadnina cichnie, odpisuje na listy szalonych dziewczyn, które pytają, czy mogłyby przyjechać na wakacje do Korfowego, żeby pracować w stajni.

Zdjęcia Rafał Latoszek